Ciężka odpowiedzialność przełożonych Seminarium
Ciężka odpowiedzialność przełożonych Seminarium
Przełożony, który roztropnie i czujnie swym Seminarium kieruje, który każdego ze swych wychowanków troskliwą otacza opieką i przyrodzone ich zdolności oraz skłonności bada gorliwie, stwierdzi z łatwością, który z nich ma prawdziwe powołanie kapłańskie. To powołanie do stanu kapłańskiego nie opiera się, jak to dobrze wiecie, Czcigodni Bracia, na uczuciach i nastrojach, których brak nieraz, lecz na prawej skłonności i gorącem pragnieniu kapłaństwa, w połączeniu z tymi zaletami ciała i duszy, które ich czynią takiego stanu godnymi. Kto się o godność kapłańską z tego jedynie szlachetnego ubiega powodu, aby poświęcić się na służbę Boży i na zbawienie dusz, a równocześnie posiada poza tym albo pozyskać pragnie szczerą pobożność, nieskazitelność życia i odpowiednia, jak wykazaliśmy, wiedzę, tego bez wątpienia sam Bóg wzywa do kapłaństwa. Kto przeciwnie, być może pod wpływem niemądrych rodziców, do Seminarium wstępuje, spodziewając się dla siebie w przyszłości korzyści materialnych - co dawniej mogło zdarzać się częściej; - kto nie umie nagiąć się do karności i posłuszeństwa, mało okazuje pobożności, mało zamiłowania do pracy i mało gorliwości o zbawienie dusz; kto zdradza szczególny popęd do zmysłowości a długą pracą nad sobą nie udowodnił, że pokusie zdoła się oprzeć; kto na koniec okazuje tak mało zdolności, że można powiedzieć, iż nie zdoła ukończyć przepisanych nauk, ten nie jest powołany ani odpowiedni do stanu duchownego. Jeśli takiego dopuszcza się do Seminarium, trudno go później stąd wydalić i zdarzyć się może, że weźmie on na siebie trudne obowiązki kapłańskie, chociaż ani Bóg, ani własna skłonność do stanu duchownego go nie przeznaczyła. Niech przeto rozważą rektorzy Seminariów, niech uświadomią sobie ojcowie duchowni i spowiednicy, jak ciężką odpowiedzialność - wobec Boga, wobec Kościoła, wobec młodzieńców samych - biorą na siebie, jeśli nie uczynią wszystkiego, co do nich należy, aby nie zaszła taka pomyłka. Jeśli mówimy, że ojcowie duchowni i spowiednicy są odpowiedzialni za taką omyłkę, nie należy tego tak rozumieć, jakoby mogli działać środkami zewnętrznymi, gdyż sprzeciwia się temu i delikatność ich zadania i więcej jeszcze tajemnica spowiedzi, - powinni natomiast skutecznie oddziaływać, na dusze młodzieńców i po ojcowsku, ale z całą stanowczością nimi kierować, jak tego wymaga dobro ich dusz nieśmiertelnych. Dlatego powinni sami - zwłaszcza, jeśli rektorzy albo zgoła obowiązku swego nie pełnią, albo pełnią go opieszale i niedbale - z całą bezwzględnością i to z urzędu nalegać na nieodpowiednich i niegodnych kandydatów, aby, póki czas, opuścili mury Seminaryjne. W tej sprawie powinni wybrać zawsze drogę pewniejszą, która tylko korzyść przynosi alumnom, skoro nie dopuszcza ich do stanu, który stałby się dla nich przyczyną wiecznej zguby.
Ilekroć zaś nie będą jasno widzieli, czy należy z całą stanowczością wystąpić, niech całego swego użyją autorytetu, wypływającego z dostojności urzędu i z ojcowskiej miłości, którą alumnów otaczają, ażeby do dobrowolnego wystąpienia nakłonić tych, którzy nie są ożywieni duchem należytym. Spowiednicy zaś niech żywo pamiętają o tym, co św. Alfons Liguori w podobnej powiedział sprawie: "Najczęściej tak bywa, że im surowiej wówczas spowiednik postępuje, tym lepiej służy sprawie zbawienia; przeciwnie zaś; im łagodniej obchodzi się z penitentami, tym większe okazuje im okrucieństwo. Św. Tomasz z Villanowy nazywał takich zbyt łagodnych spowiedników "bezbożnie pobożnych". Taka miłość sprzeciwia się miłości" (Św. Alf. M. de Liguori, Dziełą ascet., t. III wyd. Marietti, 1847, str. 122).